Termin „miłość” jest przez ludzi chyba najbardziej nadużywany. Stał się przez to wieloznaczny, pusty i stracił na swej pierwotnej wartości. Mówi się o miłości ojczyzny, o umiłowaniu zawodu, o miłości między przyjaciółmi, o zamiłowaniu do pracy, o miłości pomiędzy rodzicami i dziećmi, rodzeństwem i krewnymi, o miłości bliźniego i o miłości Boga. Wszystkie te relacje określa się mianem miłości... Miłością nazywamy także niezwykłe uczucie, jakim mężczyzna jest zdolny obdarować kobietę i odwrotnie. Doskonale wiemy, że z tą relacją nie mogą się równać jakieś miłostki, bo miłość między mężczyzną i kobietą wyłania się jako wzór miłości w całym tego słowa znaczeniu, w porównaniu z którym na pierwszy rzut oka każdy inny rodzaj miłości blednieje. Papież Benedykt XVI, którego myśl teologiczna będzie towarzyszyć Kościołowi jeszcze przez długie stulecia, w encyklice Deus Caritas Est pyta: „Czy wszystkie te formy miłości w końcu w jakiś sposób się jednoczą i miłość, pomimo całej różnorodności swych przejawów, ostatecznie jest tylko jedna, czy raczej używamy po prostu tylko tego samego słowa na określenie całkowicie innych rzeczywistości?” Zachęcam do osobistej odpowiedzi na to pytanie po lekturze całego dokumentu.
Przyznaję, że powodem, dla którego zdecydowałem się podjąć refleksję na temat miłości, jest tzw. „święto zakochanych”, „dzień miłości”, czyli po prostu walentynki, obchodzone 14 lutego, już na stałe – niestety – wpisane do kalendarza. Nawet gdybyśmy zostali pozbawieni zmysłów, to bombardujące nas reklamy i towarzysząca temu fanfaronada, nie pozwolą nam na obojętność. Czy rzeczywiście nasza kultura i wrażliwość upadły już tak nisko, że potrzebujemy takich dni, by pamiętać o osobach, które kochamy? Zastanówmy się choć chwilę, czy takiej miłości chcemy – fast-love i to wszystko? Bo jeśli tak, to nie powinna nas już dziwić wzrastająca liczba rozwodów...
Współczesna kultura wciska nam obce zwyczaje, przeszczepione gdzieś z Zachodu. Wmawia, że są dobre i piękne. Pod przykrywką pluszu i plastiku przemycany jest konsumpcjonizm, jakże daleki myśli chrześcijańskiej. Kreowana przez środowiska mniejszościowe wolność seksualna wywołuje rewolucję, uderzającą w miłość i godność. Dzisiejsza myśl ideowa dąży do seksualizacji społeczeństwa, a przez to do demoralizacji człowieka. Dla przykładu: kiedyś pewien polityk, propagator tej myśli, z okazji dnia kobiet rozdawał na ulicy napotkanym paniom prezerwatywy w prezencie. Odnosi się wrażenie, że chce się doprowadzić do sytuacji, która miała miejsce w Sodomie i Gomorze lub chociażby w Koryncie. W czasach św. Pawła Korynt był pięknym miastem portowym, położonym na terenie dzisiejszej Grecji. Bogactwo i wielokulturowość rozsławiała je na teren całego ówczesnego świata. Ale jeszcze jedna rzecz była dlań charakterystyczna. W Koryncie znajdowały się świątynie Afrodyty – bogini miłości – w których dokonywano rytualnych orgii. Dziś takie miejsca nazywamy burdelami, a tamtejsze kapłanki kurtyzanami, tyle że im zezwalała na to religia. Było to powszechnie akceptowane. Nic więc dziwnego, że św. Paweł w Liście do Koryntian zapisał przepiękny Hymn o miłości, w którym przedstawia istotę prawdziwej miłości. Szkoda, że choć słuchamy go prawie na każdym ślubie, to tak mało uświadamiamy sobie prawdy w nim zawarte. Może zamiast czcić jakieś bezsensowne cherubinki powinno się 14 lutego organizować masowe czytanie Hymnu o miłości? Może to pomogłoby w uświadomieniu, że kierując się popędami, stajemy się podobni do zwierząt, które nie potrafią się pohamować. Głupawe seriale i zboczone programy telewizyjne stopniowo odzwyczajają nas od moralnego życia z Bogiem. Oczywiście, można wieść życie jak znane z historii „córki Koryntu”, tylko po co? Czyż nie lepiej kochać miłością, której uczymy się od Jezusa – miłością bezinteresowną, cierpliwą, niepamiętającą złego...? Wybór należy tylko do nas...
Ks. Adam Nowak



